Do takiego niezbyt przyjemnego wniosku doszłam po wysłuchaniu opowieści o tym, że ktoś właśnie wrócił z nurkowania w Egipcie... A my to nie dość, że głównie w Polsce, to jeszcze żadnych sportów ekstremalnych nie uprawiamy. Nawet na kajaki się nie dałam wyciągnąć, bo wciąż nie umiem pływać. Za to I. ma lęk wysokości, więc też pewne ograniczenia się pojawiają. Ja tam lęków szczególnych poza wodnym nie mam, ale ogólnie jestem tchórzem ;)
Rower był więc wyborem nieuniknionym - blisko ziemi, z dala od wody, a przyjemność spora.
A tak poza rowerem, ale wciąż w temacie, chociaż bardziej odnośnie mnie niż I. - oprócz tego, że jestem nudna, to w dodatku beztalentna :( Podziwiam tylko dokonania innych w zakresie robótek ręcznych, na szydełku zrobiwszy do tej pory dwa kominy - z użyciem widełek i bardzo grubej włóczki - i jeden pasek na broomsticku z tuszu do rzęs;). No i jeszcze jedną białą śnieżynkę na choinkę, która wyjątkowo udała mi się raz ;) Kilka podejść robiłam do szydełkowo-widełkowych zakładek do książek - ale też wychodzą mi krzywo. A jako że się szybko zniechęcam, więc na jakiś czas robótki powędrowały do kąta gdzie się kurzą i czekają na kolejny przypływ energii twórczej.
W sklepie z włóczkami, który mijam po drodze do pracy wisi karteczka głosząca, iż ma miejsce "Likwidacja sklepu", a co za tym idzie "Wyprzedaż" - może powinnam tam zajrzeć po jakąś grubszą włóczkę ;)
wtorek, 25 września 2012
poniedziałek, 10 września 2012
sobota, 8 września 2012
Sprawozdanie
z wakacji.
Wróciliśmy cali i zdrowi. Najpierw z Gdańska, a potem z Bukowca w Bieszczadach.
Gdańsk obejrzany, nawet jakieś muzea się przydarzyły. Pogoda była piękna, tylko ostatniego dnia rankiem lało i grzmiało i burzyło się. Nocną podróż pociągiem powrotną przetrwaliśmy jako tako - odsypialiśmy długo.
Droga w Bieszczady, tym razem już autem z rowerami na dachu, też była pochmurna, deszczowa i chłodna. Zachlapało nam smarem całe rowery, więc pierwszą rzeczą do zrobienia po zdjęciu ich z bagażnika było wytarcie ram ;). Za to na miejscu przepięknie - ciepło, wręcz upalnie. Słońce prażyło niemiłosiernie, aż musieliśmy zainwestować w ochronne nakrycia głowy. Pogoda była dla nas łaskawa, za to góry już mniej - to prawda, że jak są góry to mało jazdy po równym - to w sumie było do przewidzenia ;) Pierwszą bardzo krótką wycieczkę pod górkę zaliczyliśmy w dniu przyjazdu. To była niezła zapowiedź tego, co na nas czekało. W sumie nie miałam nic przeciwko temu, żeby po tej przejażdżce odstawić rowery w kąt - w końcu już nie wieźliśmy ich na darmo, raz się przydały ;).
Ale w końcu przydały się jeszcze dwa razy. I tutaj uwaga - nie ma co za bardzo wierzyć przewodnikom rowerowym po Bieszczadach. Bo są pisane przez określony typ ludzi, spaczonych przez własne rowerowe doświadczenie
I nie ma co wierzyć w opis trasy idealnej dla całej rodziny i kondycyjnie łatwej na tyle, że każdy, nawet niedzielny rowerzysta bez problemu da radę. Akurat ta wycieczka (rzeczywiście niedzielna ;)) obfitowała w liczne podjazdy, z których najdłuższy miał ponad kilometr i był na tyle stromy, że biegów nie starczało (podprowadzałam).
Zrealizowaliśmy też program obowiązkowy w postaci Połoniny Wetlińskiej, Soliny i wejścia na Tarnicę.
Ale przeżyliśmy, a co zobaczyliśmy to nasze. Oczywiście zdjęć jest masa... Może jakieś dodam, jak już będę miała dostęp do szybszego internetu, o ile do tej pory dam radę zrobić jakąś selekcję.
Wróciliśmy cali i zdrowi. Najpierw z Gdańska, a potem z Bukowca w Bieszczadach.
Gdańsk obejrzany, nawet jakieś muzea się przydarzyły. Pogoda była piękna, tylko ostatniego dnia rankiem lało i grzmiało i burzyło się. Nocną podróż pociągiem powrotną przetrwaliśmy jako tako - odsypialiśmy długo.
Droga w Bieszczady, tym razem już autem z rowerami na dachu, też była pochmurna, deszczowa i chłodna. Zachlapało nam smarem całe rowery, więc pierwszą rzeczą do zrobienia po zdjęciu ich z bagażnika było wytarcie ram ;). Za to na miejscu przepięknie - ciepło, wręcz upalnie. Słońce prażyło niemiłosiernie, aż musieliśmy zainwestować w ochronne nakrycia głowy. Pogoda była dla nas łaskawa, za to góry już mniej - to prawda, że jak są góry to mało jazdy po równym - to w sumie było do przewidzenia ;) Pierwszą bardzo krótką wycieczkę pod górkę zaliczyliśmy w dniu przyjazdu. To była niezła zapowiedź tego, co na nas czekało. W sumie nie miałam nic przeciwko temu, żeby po tej przejażdżce odstawić rowery w kąt - w końcu już nie wieźliśmy ich na darmo, raz się przydały ;).
Ale w końcu przydały się jeszcze dwa razy. I tutaj uwaga - nie ma co za bardzo wierzyć przewodnikom rowerowym po Bieszczadach. Bo są pisane przez określony typ ludzi, spaczonych przez własne rowerowe doświadczenie
I nie ma co wierzyć w opis trasy idealnej dla całej rodziny i kondycyjnie łatwej na tyle, że każdy, nawet niedzielny rowerzysta bez problemu da radę. Akurat ta wycieczka (rzeczywiście niedzielna ;)) obfitowała w liczne podjazdy, z których najdłuższy miał ponad kilometr i był na tyle stromy, że biegów nie starczało (podprowadzałam).
Zrealizowaliśmy też program obowiązkowy w postaci Połoniny Wetlińskiej, Soliny i wejścia na Tarnicę.
Ale przeżyliśmy, a co zobaczyliśmy to nasze. Oczywiście zdjęć jest masa... Może jakieś dodam, jak już będę miała dostęp do szybszego internetu, o ile do tej pory dam radę zrobić jakąś selekcję.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)