Bo ten, którym dysponuję aktualnie, raczej nie wychodzi mi na zdrowie...
Jak przestać się przejmować głupotami ?
Jak nie panikować, nie podejmować gwałtownych kroków i nie pielęgnować w sobie potem poczucia winy?
Jak nie zarabiać powoli na zawał?
Słowem - jak przestać być mną taką, jakiej ostatnio najczęściej nie lubię i z którą coraz ciężej mi się żyje?
To jest wpis poświęcony użalaniu się nad sobą i o niczym innym nie będzie!
piątek, 30 maja 2014
czwartek, 22 maja 2014
niemoc tfurcza...
Nie robię. Druty kurzą się w kącie, a nawet w kilku, bo oczywiście mam zaczęte 5 robótek. Tylko jakoś weny do ich skończenia brak. Najbardziej przerażający jest kołowy sweter, który w tej chwili posiada jeden cały rękaw, ale za wąski i kawałek drugiego, za szerokiego i w dodatku robionego bez notatek. Czyli jak już spruję ten wąski, to będę robić na oko, żeby pasowało do szerokiego - pod warunkiem, że w ogóle go skończę :D
Nie wiem skąd ten nagły przestój... Na brak stresu w pracy nie narzekam, a druty działają na mnie uspokajająco, ale weny brak.
Chyba potrzeba mi jakiegoś mocno skomplikowanego wzoru, takiego , który wymaga zaglądania i sprawdzania każdego przerobionego oczka, mnóstwa markerów i zastanawiania się czy ta kreseczka w lewo to dwa razem na prawo czy na lewo, i jak to właściwie robiłam przez ostatnie 15 rzędów i czy czasem nie dokładnie na odwrót.
Tymczasem na drutach samo gładkie...
A w pozostałych dziedzinach życia... szkoda gadać, niemoc jest nie tylko twórcza, to już raczej gigantyczny leń - nawet gotować się nie chce. A szkoda, bo jeść to niestety tak...
Na szczęście niedługo kończy mi się bilet semestralny więc zacznę chodzić i jeździć - cztery miesiące przymusowego ruchu przede mną - gdybym jeszcze umiała zrezygnować ze słodyczy, to w tym czasie mogłabym nawet schudnąć :(
na tym zdjęciu dobrze ;) widać jak się obecnie czuję - taka trochę niewyraźna :)
Nie wiem skąd ten nagły przestój... Na brak stresu w pracy nie narzekam, a druty działają na mnie uspokajająco, ale weny brak.
Chyba potrzeba mi jakiegoś mocno skomplikowanego wzoru, takiego , który wymaga zaglądania i sprawdzania każdego przerobionego oczka, mnóstwa markerów i zastanawiania się czy ta kreseczka w lewo to dwa razem na prawo czy na lewo, i jak to właściwie robiłam przez ostatnie 15 rzędów i czy czasem nie dokładnie na odwrót.
Tymczasem na drutach samo gładkie...
A w pozostałych dziedzinach życia... szkoda gadać, niemoc jest nie tylko twórcza, to już raczej gigantyczny leń - nawet gotować się nie chce. A szkoda, bo jeść to niestety tak...
Na szczęście niedługo kończy mi się bilet semestralny więc zacznę chodzić i jeździć - cztery miesiące przymusowego ruchu przede mną - gdybym jeszcze umiała zrezygnować ze słodyczy, to w tym czasie mogłabym nawet schudnąć :(
na tym zdjęciu dobrze ;) widać jak się obecnie czuję - taka trochę niewyraźna :)
środa, 7 maja 2014
Tegoroczne wczesne wakacje :)
Miasto, w którym można się zakochać - BARCELONA
Zachwyciłam się i w zachwycie trwam ! Jedyne do czego mogę się przyczepić to fakt, że byliśmy tam tylko tydzień... Ale niewykluczone, że wrócimy :) Pewnego dnia...
wtorek, 6 maja 2014
Zima zaskoczyła
i nie przyszła... A ja osiągając kolejne stopnie drutowego wtajemniczenia wyprodukowałam w sumie 5 czapek. Jedną nawet dla siebie z pięknej, radośnie żółtej wełny, do kompletu dla ciepłej choć ażurowej chusty najprostszym z możliwych wzorów od Dropsa. Obie rzeczy były w ciągłym użytkowaniu, bo żółty jest moim zdaniem jednym z "moich" kolorów i w dodatku pięknie się komponuje z czerwonym płaszczem, który z racji spóźnienia zimy, w tym roku wystarczał.
Generalnie jakby tak podsumować zeszły rok, to drutowo nie przedstawia się najgorzej. Poza już wspomnianymi czapkami zrobiłam: 3 chusty wzorem Echo Flowers, apaszkę i ciepłą chustę prostym wzorem od Dropsa, jedną małą czapeczkę, która zaskakująco dobrze pasuje na pewnego bardzo żywego ;) dwulatka, jeden szalik z bambusa, bolerko z jedwabiu , i jeszcze kominy dla siostry i mamy oraz naszyjnik, którego nie mam odwagi nosić, bo jakoś mi z biżuterią nie po drodze. Za to kocham apaszki, szaliki i chustki i pewnie niedługo znów zrobię coś w jakimś żwawym kolorze.
Tak ogólnie zimą zawsze brakuje mi koloru - nie tyle w mojej szafie, bo jednak staram się nie szpecić się nadmierną ilością szarości i czerni. Powoli nawet moja jesienno-zimowa szafa zbliża się do ideału. A ideał jest prosty (realizowany wiosną i latem) - jest to po prostu kolorowe pranie. Jakoś wolę rozwieszać pranie latem, nie tylko dlatego, że szybciej schnie ;) Uwielbiam widok suszarki zawieszonej koszulkami, spódnicami, sukienkami w jasnych zieleniach, błękitach, pomarańczach, żółciach. Więc jak już wspomniałam, moje zimowe pranie zaczęło wyglądać podobnie. Tylko I. nie daje się przekonać, że sweter jesienny nie musi być szary, czarny ani granatowy. Na całe szczęście nie ma oporów przed kolorowymi t-shirtami i koszulami w różnych odcieniach niebieskiego, które tak dobrze grają z jego oczami :)
Zrobiło się ubraniowo i prywatnie, a tak naprawdę to miało być o tym, że polskie ulice są zimą takie bezbarwne, zachowawcze i maskujące. A przecież to tak miło odcinać się od śniegu :)
Choć śniegu w tym roku jak na lekarstwo...
Ale mimo braku zimy - udało się nam jednak znaleźć śnieg, chociaż za granicą - na szczęście niezbyt daleką :) Więc przynajmniej raz w sezonie nasze nowe buty zostały wykorzystane...
To tyle tytułem uzupełnienia. Następny wpis będzie bardziej aktualny :D
Generalnie jakby tak podsumować zeszły rok, to drutowo nie przedstawia się najgorzej. Poza już wspomnianymi czapkami zrobiłam: 3 chusty wzorem Echo Flowers, apaszkę i ciepłą chustę prostym wzorem od Dropsa, jedną małą czapeczkę, która zaskakująco dobrze pasuje na pewnego bardzo żywego ;) dwulatka, jeden szalik z bambusa, bolerko z jedwabiu , i jeszcze kominy dla siostry i mamy oraz naszyjnik, którego nie mam odwagi nosić, bo jakoś mi z biżuterią nie po drodze. Za to kocham apaszki, szaliki i chustki i pewnie niedługo znów zrobię coś w jakimś żwawym kolorze.
Tak ogólnie zimą zawsze brakuje mi koloru - nie tyle w mojej szafie, bo jednak staram się nie szpecić się nadmierną ilością szarości i czerni. Powoli nawet moja jesienno-zimowa szafa zbliża się do ideału. A ideał jest prosty (realizowany wiosną i latem) - jest to po prostu kolorowe pranie. Jakoś wolę rozwieszać pranie latem, nie tylko dlatego, że szybciej schnie ;) Uwielbiam widok suszarki zawieszonej koszulkami, spódnicami, sukienkami w jasnych zieleniach, błękitach, pomarańczach, żółciach. Więc jak już wspomniałam, moje zimowe pranie zaczęło wyglądać podobnie. Tylko I. nie daje się przekonać, że sweter jesienny nie musi być szary, czarny ani granatowy. Na całe szczęście nie ma oporów przed kolorowymi t-shirtami i koszulami w różnych odcieniach niebieskiego, które tak dobrze grają z jego oczami :)
Zrobiło się ubraniowo i prywatnie, a tak naprawdę to miało być o tym, że polskie ulice są zimą takie bezbarwne, zachowawcze i maskujące. A przecież to tak miło odcinać się od śniegu :)
Choć śniegu w tym roku jak na lekarstwo...
Ale mimo braku zimy - udało się nam jednak znaleźć śnieg, chociaż za granicą - na szczęście niezbyt daleką :) Więc przynajmniej raz w sezonie nasze nowe buty zostały wykorzystane...
To tyle tytułem uzupełnienia. Następny wpis będzie bardziej aktualny :D
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)