środa, 20 lutego 2019

Aktualizacja

Oj dawno mnie tu nie było!
Przez te lata:
- przybyło mi kilkadziesiąt metrów  powierzchni życiowej,
- przybyło mi też kilkanaście kilogramów, w tym część tymczasowo,
- te kilka "tymczasowych kilogramów" powiększyło stan osobowy mojej rodziny (właśnie śpi, udając grzeczne dziecko),
- w związku z punktem trzecim wszelkie dodatkowe metry do życia zostały zaanektowane, co więcej potomek stale zwiększa swoje zdobycze terytorialne.

Jak widać nastąpiła całkowita rewolucja życiowa, i jak nie lubię zmian, z tą jakoś nietrudno mi się pogodzić.


wtorek, 24 marca 2015

Komin i nie tylko

Komin dla siostry - ;) Mniej więcej połowa.
Mimo że to akryl, to wyjątkowo fajny w robocie, na grubych też akrylowych drutach ( nr 9 w części gwiazdkowej i 12 do gładkiej). Zraziłam się nieco do robienia z wełny dla mojej rodziny - po podwójnym sfilcowaniu czapki z wielbłąda... Tak po prostu przez nieuwagę ;)
 Nymphalidea Melindy Vermeer Razemrobiona z Intensywnie Kreatywną. W kolorach najmojszych (żółty Super Soft od Lana Gatto i kolorowa zielono-żółto-pomarańczowo-różowa skarpetkowa)- nawet nie blokowana, bo od razu poszła do noszenia.








golfo-komin najprostszy na świecie, ściągacz i kombinacje z narzutami. Robótka sylwestrowo-noworoczna. Skończona tuż przed wypadem na biegówki w Trzech Króli. Zielone to Alladino od Lana Gatto, szare to Alize Lanagold 800, które wydaje się nie mieć końca. Na tym zdjęciu golfik schowany, a komin  na tyle długi, że daje się  naciągnąć na głowę jak kaptur.




Najbardziej zadowolona jednak jestem z chusty - kolejne podejście do Vlada (http://www.ravelry.com/patterns/library/vlad).

czwartek, 16 października 2014

Dlaczego uczę się robić na drutach?

Bo nie ma się co oszukiwać - ja się wciąż dopiero uczę. Zresztą w wypadku tego hobby uczenie się nigdy się nie kończy - mam wrażenie potwierdzane przeglądem internetu.
Ale dlaczego w ogóle sięgnęłam po druty i dlaczego dopiero teraz? Druga część pytania jest ciekawsza o tyle, że jedna z moich babć była zapaloną dziewiarką, hafciarką i ogólnie  manualnie utalentowaną kobietą. Teraz już od kilku lat ze względu na stan zdrowia nie robi na drutach ani szydełku, ale pamiętam czas, kiedy w ciągu godziny była w stanie wyprodukować szydełkowy kapelusz.
Więc to nie było tak, że nie miałam się od kogo uczyć. Ale  mnie młodszej jakoś to nie ciągnęło. A nawet jeśli, to bardzo szybko się zniechęcałam, bo oczka wychodziły nierówne, całe rządki albo za ciasne, albo za luźne...
Ale kiedy trafiłam na  kurs wykonania chusty u Intensywnie Kreatywnej, stwierdziłam, że w ażurach nie będzie może aż tak rzucać się w oczy moje krzywe robienie. Poza tym chusta nie wymaga próbek, łatwo sobie dopasować  jej wielkość( przynajmniej w niektórych wzorach). Pierwsza chustka którą sobie wydziergałam jest raczej wielkości apaszki, bo robiłam ciasno i mniej powtórzeń wzoru, tak  strasznie mi się spieszyło do ujrzenia tej kupki nitek w ostatecznej, naciągniętej formie.
 Poza tym to bardzo odstresowujące zajęcie - im trudniejszy wzór tym lepiej działa :)

Stałam się też dzięki niemu niezależna od włóczkowej oferty sklepowej - sama wybieram  kolor, wielkość, wzór dodatku i nie zżymam się, że akurat tego nie mają w moim ulubionym pomarańczu.
Ostatni przegląd sklepów niestety jeszcze bardziej wzmacnia moje zadowolenie z  dziergania -  już tu na to narzekałam, ale to niestety wciąż prawda -  ciężko o ładną i kolorową modę na jesień i zimę.

Poza dzierganiem ta jesień przynosi zmiany, które ja znoszę ciężko i chyba tylko dzięki stoickiemu spokojowi I. podobno zmiany są żywiołem osób spod znaku Bliźniąt (przykład mojej mamy to potwierdza) - ale ja zmian nie lubię zbyt, nawet takich na lepsze ;)

czwartek, 18 września 2014

jedwabna chusta

Wreszcie skończona ! 

Robiła się tak długo, że skończyła się niebieska włóczka w sklepie. Zaczęta chyba ponad rok temu, długo bez koncepcji i pomysłu, ale doczekała się borderu z Haruni Emily Ross I jest naprawdę fajna.
 A poniżej moja wariacja w temacie naszyjników - widziałam taki  zrobiony z pociętych t-shirtów, ale wersja włóczkowa podoba mi się bardziej. Jest w moich ulubionych kolorach, z bambusa od Alize. Najfajniejsze jest w nim to, że można go rozmontować, uzupełnić, poprzestawiać - po prostu się nim bawić :)

czwartek, 4 września 2014

Chyba za rzadko tu bywam

i naprawdę nie mam na swoje usprawiedliwienie nic. Może poza  widocznym kilka postów temu  ogólnym dołem oraz tym, że chwilowo bardziej zajmuje mnie czytanie :)
 Odkryłam świat fanfiction i  mnie wciągnęło. Czytam głównie po angielsku, traktując to jako swego rodzaju  naukę, choć wiem, że akurat  po tego typu twórczości  trudno oczekiwać  100 % poprawności gramatyczno-stylistycznej. W tym względzie na pewno lepiej byłoby, gdybym  zaparła się na  przeczytanie w oryginale np. Ulissesa albo kompletu dzieł o Sherlocku Holmesie (swoją drogą w wersji serialowej BBC głównego winowajcy mojego zatonięcia w obcojęzycznej grafomanii). 
Ale fanfiki mają  dość istotną przewagę nad Prawdziwą Literaturą - są pisane przez zwykłych ludzi, językiem  mniej literackim, więc nie tylko prostszym w odbiorze, ale też bliższym życia (albo tak sobie przynajmniej wmawiam). Oczywiście nie dotyczy to fanfików ze Śródziemia - jeden taki wystawia  moje przekonanie o  wcale nie najgorszej znajomości języka obcego na ciężkie próby, gdyż jest napisany nie tylko pięknym literackim językiem, lecz także mocno osadzony w  świecie  powieści zmiksowanym z średniowieczem (ilość odwołań do  zwyczajów, znaczeń, mitologii wprawia mnie w stały podziw, na równi z umiejętnością kreowania postaci i zdarzeń).
 Oczywiście zdarzają się  też  fanfiki słabe, nudne, napisane źle, bez fabuły, ale z takimi szybko daję sobie spokój.
 Tyle w temacie czytelnictwa.
Wakacje część druga:  nad Bałtykiem. 
Następnym razem kiedy uprzemy się na wypoczynek nad tym zimnym morzem, to może chociaż udamy się na jego wschodnie wybrzeże - podobno Litwa, Łotwa i Estonia mają sporo do zaoferowania spragnionym  jodu.
Tym razem oczywiście pojechaliśmy z rowerami i przez dwa pierwsze dni jeździliśmy, głównie pod wiatr. Wiało zresztą niemiłosiernie, a jedyny pożytek jaki z tego mieliśmy stanowił widok z okna wychodzącego na zatokę jeziora, po którym śmigali windsurferzy oraz kitesurferzy.  Ja nad morze zabrałam aktualną robótkę -  duuużą chustę z niebieskiego jedwabiu, i nawet udało mi się przerobić  ze cztery rządki - na plażę zabierałam rzędy lewe, niewymagające większej uwagi.
 Chusta jest bardzo ładna, gładka, wykończona borderem z Haruni Emily Ross, ale niestety włóczkożerny  ażur zjadł już  niebieski jedwab, więc kończę tą samą włóczką, ale niestety pstrokatą - niebiesko-fioletowo- błękitną. I ku mojej rozpaczy nawet niebieski z pstrokacza ma inny odcień niż reszta chusty. A mój ulubiony sklep nie posiada już włóczki we właściwym kolorze... zobaczymy jak będzie kiedy skończę - jeszcze tylko 2 rzędy...

piątek, 30 maja 2014

jak zmienić sobie charakter?

Bo ten, którym dysponuję aktualnie, raczej nie wychodzi mi na zdrowie...
Jak przestać się przejmować głupotami ?
Jak nie panikować, nie podejmować gwałtownych kroków i nie pielęgnować w sobie potem poczucia winy?
 Jak nie zarabiać powoli na zawał?

Słowem - jak przestać być mną taką, jakiej ostatnio najczęściej nie lubię i z którą coraz ciężej mi się żyje?

 To jest wpis poświęcony użalaniu się nad sobą i o niczym innym nie będzie!