czwartek, 25 października 2012

a może wcale nie aż tak...

Tytuł w nawiązaniu do poprzedniego posta ;)
Może i jesteśmy nudni, ale za to niekiedy szaleni! Jakiś czas temu wieźliśmy  nasze rowery  na dachu  przez 70 kilometrów, po to żeby przejechać kilometrów trzydzieści z kawałkiem i wrócić  te 70 km ciemną nocą :) Przejażdżka rowerowa odbyła się niemal dokładnie według trasy narysowanej przez I., co niestety zmusiło nas do jazdy brzegiem małego cieku wodnego, ścieżynką wąską i urozmaiconą nisko zwisającymi gałęziami, tudzież kupą wysoko spiętrzonego chrustu :) Przeprawianie się przez dość gęsty las z rowerami może być uciążliwe, ale za to kask się przydał :)!
I. umyślił sobie ostatnio, że skoro mamy już na koncie Śnieżkę, Ślężę i Tarnicę, to może warto  pozdobywać inne najwyższe szczyty polskich gór :) Weszliśmy więc na Wielką Sowę i na Szczeliniec też Wielki :) Ja nie lubię chodzić do góry, ale czasem się daję namówić i zwykle nie żałuję. A ta jesień aż do teraz nas rozpieszczała. Jeszcze w zeszłą sobotę zrobiliśmy sobie ostatnią w tym roku przejażdżkę. Tylko 16 kilometrów;)
Rowery więc na razie odwieszamy na kołek (dosłownie) a i bagażnik trzeba będzie zdemontować. Najwyższa pora pomyśleć o przygotowaniach do sezonu zimowego - i trzymać kciuki za to, żeby starczyło śniegu, zdrowia i chęci - nie wiadomo z czym będzie największy problem :D.

Edit: ostatnio jakoś mało tu zdjęć :)




wtorek, 25 września 2012

jesteśmy nudni...

Do takiego niezbyt przyjemnego wniosku doszłam po wysłuchaniu opowieści o tym, że ktoś właśnie wrócił z nurkowania w Egipcie... A my to nie dość, że głównie w Polsce, to jeszcze żadnych sportów ekstremalnych nie uprawiamy. Nawet na kajaki się nie dałam wyciągnąć, bo wciąż nie umiem pływać. Za to I. ma lęk wysokości, więc też pewne ograniczenia się pojawiają. Ja tam lęków szczególnych poza wodnym nie mam, ale ogólnie jestem tchórzem ;)
Rower  był więc wyborem nieuniknionym - blisko ziemi, z dala od wody, a przyjemność spora.

A tak poza rowerem, ale wciąż w temacie, chociaż bardziej odnośnie mnie niż I. - oprócz tego, że jestem nudna, to w dodatku beztalentna :(  Podziwiam tylko dokonania innych w zakresie robótek ręcznych, na szydełku zrobiwszy do tej pory dwa kominy - z użyciem widełek i bardzo grubej włóczki - i jeden pasek na broomsticku z tuszu do rzęs;). No i jeszcze jedną białą śnieżynkę na choinkę, która  wyjątkowo udała mi się raz ;) Kilka podejść robiłam do szydełkowo-widełkowych zakładek do książek - ale też wychodzą mi krzywo. A jako że się szybko zniechęcam, więc na jakiś czas robótki powędrowały do kąta gdzie się kurzą i czekają na kolejny przypływ energii twórczej.
W sklepie z włóczkami, który mijam po drodze do pracy wisi karteczka głosząca, iż ma miejsce "Likwidacja sklepu", a co za tym idzie "Wyprzedaż" - może powinnam tam zajrzeć po jakąś grubszą włóczkę ;)

sobota, 8 września 2012

Sprawozdanie

z wakacji.
Wróciliśmy cali i zdrowi. Najpierw z Gdańska, a potem z Bukowca w Bieszczadach.
Gdańsk obejrzany, nawet jakieś muzea się przydarzyły. Pogoda była piękna, tylko ostatniego dnia rankiem lało i grzmiało i burzyło się. Nocną podróż pociągiem powrotną przetrwaliśmy jako tako - odsypialiśmy długo.
Droga w Bieszczady, tym razem już autem z rowerami na dachu, też była pochmurna, deszczowa i chłodna. Zachlapało nam smarem całe rowery, więc pierwszą rzeczą do zrobienia po zdjęciu ich z bagażnika było wytarcie ram ;). Za to na miejscu przepięknie - ciepło, wręcz upalnie. Słońce prażyło niemiłosiernie, aż musieliśmy zainwestować w ochronne nakrycia głowy. Pogoda była dla nas łaskawa, za to góry już mniej - to prawda, że jak są góry to mało jazdy po równym - to w sumie było do przewidzenia ;) Pierwszą bardzo krótką wycieczkę pod górkę zaliczyliśmy w dniu przyjazdu. To była niezła zapowiedź tego, co na nas czekało. W sumie nie miałam nic przeciwko temu, żeby po tej przejażdżce odstawić rowery w kąt - w końcu już nie wieźliśmy ich na darmo, raz się przydały ;).
Ale w końcu przydały się jeszcze dwa razy. I tutaj uwaga - nie ma co za bardzo wierzyć przewodnikom rowerowym po Bieszczadach. Bo są pisane przez określony typ ludzi, spaczonych przez własne rowerowe doświadczenie
I nie ma co wierzyć w opis trasy idealnej dla całej rodziny i kondycyjnie łatwej na tyle, że każdy, nawet niedzielny rowerzysta bez problemu da radę. Akurat ta wycieczka (rzeczywiście niedzielna ;)) obfitowała w liczne podjazdy, z których najdłuższy miał ponad kilometr i był na tyle stromy, że biegów nie starczało (podprowadzałam).
Zrealizowaliśmy też program obowiązkowy w postaci Połoniny Wetlińskiej, Soliny i wejścia na Tarnicę.
Ale przeżyliśmy, a co zobaczyliśmy to nasze. Oczywiście zdjęć jest masa... Może jakieś dodam, jak już będę miała dostęp do szybszego internetu, o ile do tej pory dam radę zrobić jakąś selekcję.

wtorek, 7 sierpnia 2012

Różności

 Fryzura rowerowa :) Pod kask też pasuje, chociaż akurat tutaj jeszcze bez niego - pierwszy wiosenny wypad rowerowy w tym  roku:)
Tutaj już w pełnym niemalże rynsztunku - kask i koszulka to prezenty urodzinowe  (dziękuję ofiarodawcom :* ). A w tle zalew w Mietkowie.

poniedziałek, 30 lipca 2012

NOWY ROZDZIAŁ


Stało się - zmieniliśmy auto. A do tego nowego-nie nowego zakupiliśmy bagażnik bazowy i oczywiście bagażnik rowerowy, który nie dość, że jest prosty w użyciu, to jeszcze znacznie ułatwia odnalezienie auta na parkingu :). Bo to nie taki zwykły rowerowy uchwyt dachowy - to konstrukcja skomplikowana w montażu, ale prosta w obsłudze - zwłaszcza po przećwiczeniu  podstawowych czynności i odpowiednim podziale pracy. I z tym właśnie bagażnikiem już trochę kilometrów zrobiliśmy. Były już stawy w okolicy Rudy Sułowskiej, było okrążanie Ślęży, wycieczka nad zalew w Mietkowie, wspinaczki w okolicach Złotoryi.  Rowery trzymają się na dachu pewnie, pod warunkiem  mocnego pozaciągania taśm, co sprawdzam w lusterku bocznym, bo po mojej (pasażera) stronie zamontowaliśmy nasze cudo może nie techniki, ale na pewno polskiego zmysłu praktycznego. Od tego pochylania się w celu kontroli, czy nasze dwuślady wciąż jadą z nami, pobolewa mnie szyja - chyba poproszę o zamontowanie specjalnego lusterka.
W każdym razie wakacje też zostały zaplanowane rowerowo i wyczerpująco, bo zamierzamy chociaż popróbować pojeździć w Bieszczadach. Odpowiednie wyposażenie osobiste (kaski, oddychające koszulki, bokserki z wkładką ;)) już mamy, tylko kondycji na razie brak. Ale  pocieszam się tym, że nigdy nie byliśmy nastawieni wyczynowo, wiec niby czemu mielibyśmy zmieniać to nastawienie właśnie teraz ?
Liczę na ładną, odpowiednią na rower pogodę, piękne widoki i to, że nie przesadzimy już pierwszego dnia.
 Aha - mam już wreszcie plecak specjalnie na rower !!! Z przewiewnymi pleckami z siatki, pakowny i wygodny pod warunkiem dobrego dopasowania (w toku ). Ale pozytywną zmianę widać było już ostatnio, w czasie 60-cio kilometrowej wycieczki ze znajomymi I. - nie musiałam wyżymać koszulki :)
Mam też koszyk na bidon i rozważamy zakup jeszcze dwóch, które można by przymocować do roweru I. - wtedy nasze plecaki odetchną.
Stajemy się coraz lepiej przygotowaną grupą rowerową - w tych kaskach, koszulkach i innych takich wyglądamy co najmniej jak uczestnicy jakiegoś amatorskiego touru :D. A kiedyś wydawało mi się, że wcale nie potrzebujemy tych wszystkich nowoczesnych wynalazków - oddychających, przeciwpotnych i innych takich... Ważne było, żeby nogawki spodni nie były za szerokie, a koszulka zakrywała mi nerki nawet w specyficznej rowerowej pozycji. Ale to rzeczywiście działa - pośladki bolą dopiero w drodze powrotnej, a nie po przejechaniu 3 kilometrów, koszulka nie zamienia się w mokry i zimny kompres na plecach (nawet ze starym plecakiem, który przylegał mi całkowicie do plecków, rowerowa koszulka była bardziej komfortowa niż bawełniana, a co dopiero z moim nowym z siatką ). Po co utrudniać sobie życie, skoro może być tak pięknie i wygodnie, że przejechanie coraz dłuższych dystansów sprawia tylko przyjemność.

niedziela, 5 lutego 2012

Wilno 2010

Wspomnienia z  wyprawy czterokołowej.
Na wakacyjną wyprawę do Wilna rowerów nie zabraliśmy ;) Zabraliśmy za to aparat fotograficzny, a ja dodatkowo pamięć o pięknym, choć mroźnym mieście. Latem 2010 roku mroźno nie było na pewno - panowały wręcz upały, które zmuszały nas do przerywania zwiedzania i ukrywania się w klimatyzowanych knajpkach przy mocno schłodzonych napojach. Było pięknie :)
A po drodze do Wilna był Malbork i krótka wizyta nad polskim morzem (bo przecież te kilkadziesiąt kilometrów to nic ;) )
A w drodze powrotnej Ateny - urocza wieś nad niedużym jeziorem, gdzie byłoby cicho i spokojnie, gdyby nie sąsiedzi - duża grupa: 17 osób, w tym 8 dzieci w wieku przedszkolno-wczesnoszkolnym ;)
I jeszcze Toruń i powrót do pracy po  krótkim weekendowym wypoczynku. Obiecałam sobie wtedy, że już nigdy nie zafunduję nam takich intensywnych wakacji... zobaczymy ;)




piątek, 3 lutego 2012

oj szkoda gadać...

To już na szczęście poza mną, została mi tylko blizna...
Ale w listopadzie czułam się mniej więcej tak:
Od dwóch tygodni przeżywam traumę związną z koniecznością korzystania z tego, co w naszym pięknym kraju nazywa się  "służbą zdrowia". Rozwaliłam sobie kolano wysiadając z autobusu  - sieroctwo kompletne i jedyne co mam na swoje usprawiedliwienie to ogólny depresyjny nastrój i towarzyszące mu najwyższe z posiadanych obcasów. Ale wróćmy do meritum: od czasu swojej wizyty na pogotowiu z krwawiącym kolanem (wg pielęgniarki z zabiegowego w mojej przychodni konieczne było szycie), jestem bogatsza o kilka istotnych informacji, które przydadzą się każdej ofierze wypadku.
Po pierwsze: jeżeli Twoje obrażenia nie są na tyle poważne by wzywać karetkę i zamierzasz się sam udać na najbliższą izbę przyjęć - upewnij się, że  Cię stamtąd nie wyrzucą. Ja miałam szczęście, bo okazało się (co pani pielegniarka oznajmiła doktorowi z nieukrywaną niechęcią), że trafiłam do swojego rejonu, ale chłopaka, któremu po stopie przejechało auto, odesłano na inną izbę przyjęć.
Po drugie: poszukajcie już dziś kursu jasnowidzenia. Aby uzyskać pomoc musicie udowodnić, że macie do niej prawo - czyli że jesteście ubezpieczeni, a więc zdobyć od pracodawcy druczek lub pieczątkę. Dobrze byłoby też zapisać się na wszelki wypadek do poradni specjalistycznej odpowiednio wcześniej - najlepiej jeszcze przed zdarzeniem. W polskiej służbie zdrowia nielimitowane są jedynie płatne usługi medyczne - zatem jeżeli nie chcecie zapłacić za zdjęcie szwów i do tego chcecie je zdjąć w odpowiednim czasie, to niestety nie ma wyjścia: trzeba przewidzieć swój wypadek, odstać swoje w kolejce do internisty po skierowanie, a następnie zapisać się na bezpłatną wizytę za nieco ponad dwa tygodnie.
Podsumowując:"służba" zdrowia nie jest wcale bezpłatna- jest podwójnie płatna. I trzeba mieć naprawdę mocne zdrowie, żeby w Polsce chorować!