niedziela, 18 września 2011

Ostatnie dni lata

Lato się kończy powoli. I feel it in the air ;) Ale rzeczywiście jest coś jesiennego w  powietrzu - może chodzi o ten charakterystyczny zapach świeżo rozoranej ziemi? W każdym razie już po wykopkach (tak przy okazji: wrześniowe słońce potrafi nieźle przypalić i co najgorsze robi to jeszcze bardziej znienacka niż lipcowe ) i wczoraj mogliśmy sobie porowerować. I. opracował trasę w okolicach stawów milickich - krótką w sumie, ale trochę czasochłonną ze względu na atrakcyjne widoki nawodne, w rodzaju różnorodnych czapli, łabędzi, kaczek i innych okazów przyrody ożywionej i nie. Chyba wczoraj słyszeliśmy ryczącego jelenia, a ja to chyba widziałam takowego (lub jego cień) przechodzącego przez ścieżkę... W smażalni przy łowisku zjedliśmy sobie po kawałku ryby i strasznie suche frytki. Popatrzyliśmy sobie na ryby, jakie niektórym z wędkarzy gęsto obsiadających brzegi  łowiska udało się złowić - satysfakcja niemal gwarantowana :).

Wycieczka była bardzo przyjemna, bo pogoda wyjątkowo sprzyjająca - ani za gorąco, ani za zimno, słonecznie, bez większego wiatru - idealna na rower.
Kasztany i liście już lecą z drzew. Jesień idzie.
Zdjęcia wrzucę jak już opuszczą kartę aparatu.




niedziela, 11 września 2011

Dawno, dawno temu...

w odległej galaktyce, kiedy jeszcze nie miałam roweru, pojechaliśmy na wakacje do Międzyzdrojów. I tam oprócz leżenia na plaży, spacerowania brzegiem morza, zbierania muszelek przydarzyła nam się rowerowa wycieczka. Wyprawa raczej, bo przeważnie pod górę. Przyznaję się: raz zsiadłam z wypożyczonego roweru, który miał wygodne siedzenie (samoróbka), ale nie starczało mu przerzutek (3 biegi). Zsiadłam i prowadziłam go, bo moja kondycja pozostawiała wiele do życzenia. Poza tym było bardzo gorąco – wiem, to marne usprawiedliwienie, ale zawsze :)

 Po powrocie z wakacji zapadła decyzja o kupnie roweru i nabyłam starą niemiecką damkę z wąskimi oponami. Była taniutka i do dziś (2 lata) sprawuje się świetnie. Na dojazdy do pracy w sam raz.

niedziela, 4 września 2011

Dlaczego osiem??

Jeździmy. Czasem nawet w 8 kółek. Można było w cztery konie, więc czemu by nie...
Przeważnie "robimy" zdjęcia ( ja 1 na 50 najwyżej ;). Stąd pomysł żeby może te zdjęcia gdzieś pokazać. A że jestem anonimową grafomanką - pomysł na bloga. Obawiam się że żadne z nas nie przewidziało, że do pisania potrzebuję jednak natchnienia... I że najlepiej wychodzi mi pisanie o niczym – nie wiem czy z wąsko określonym tematem poradzę sobie równie dobrze, lub przynajmniej przyzwoicie. Ale trzeba w końcu spróbować, żeby się przekonać. Próbuję.



Dokumentowanie naszych 8-mio kółkowych wojaży czas zacząć.
Zwykle zaczyna się od tego, że I. rzuca propozycję, ja się waham długo, bo zwykle ochota na jakikolwiek wysiłek przychodzi mi dopiero po półgodzinie od rozpoczęcia wycieczki. Żeby było zupełnie jasne: mnie do wysiłku trzeba zmuszać, bo ja bardzo leniwa jestem. Kiedy już się jest w trasie, to ochota na kolejne kilometry przychodzi jakoś sama. Sztuką jest zwyczajne wyciągnięcie mnie z domu :)
Czasem się udaje, więc istnieje cień nadziei na to, że nie będę jedynie wspominać, ale też opisywać na bieżąco.
Mieszkamy w centrum. Poza przeróżnymi zaletami takiego położenia, są też wady. Pierwsza z nich to ta, że mamy wszędzie za blisko, z wyjątkiem granic miasta. A najlepsza jazda zaczyna się dopiero za rogatkami. Nasze dłuższe wycieczki – 2h 10 min w jedną stronę – rozpoczynają się od 40-minutowego przebijania się przez Wrocław, wdychania spalin i walki z wysokimi krawężnikami.
Całkiem niezłą opcją w takim układzie wydaje się załadowanie rowerów do samochodu i wyjazd gdzieś w bardziej sprzyjające okoliczności drogowo-przyrodowe. I stąd te 8 kółek :)