sobota, 8 września 2012

Sprawozdanie

z wakacji.
Wróciliśmy cali i zdrowi. Najpierw z Gdańska, a potem z Bukowca w Bieszczadach.
Gdańsk obejrzany, nawet jakieś muzea się przydarzyły. Pogoda była piękna, tylko ostatniego dnia rankiem lało i grzmiało i burzyło się. Nocną podróż pociągiem powrotną przetrwaliśmy jako tako - odsypialiśmy długo.
Droga w Bieszczady, tym razem już autem z rowerami na dachu, też była pochmurna, deszczowa i chłodna. Zachlapało nam smarem całe rowery, więc pierwszą rzeczą do zrobienia po zdjęciu ich z bagażnika było wytarcie ram ;). Za to na miejscu przepięknie - ciepło, wręcz upalnie. Słońce prażyło niemiłosiernie, aż musieliśmy zainwestować w ochronne nakrycia głowy. Pogoda była dla nas łaskawa, za to góry już mniej - to prawda, że jak są góry to mało jazdy po równym - to w sumie było do przewidzenia ;) Pierwszą bardzo krótką wycieczkę pod górkę zaliczyliśmy w dniu przyjazdu. To była niezła zapowiedź tego, co na nas czekało. W sumie nie miałam nic przeciwko temu, żeby po tej przejażdżce odstawić rowery w kąt - w końcu już nie wieźliśmy ich na darmo, raz się przydały ;).
Ale w końcu przydały się jeszcze dwa razy. I tutaj uwaga - nie ma co za bardzo wierzyć przewodnikom rowerowym po Bieszczadach. Bo są pisane przez określony typ ludzi, spaczonych przez własne rowerowe doświadczenie
I nie ma co wierzyć w opis trasy idealnej dla całej rodziny i kondycyjnie łatwej na tyle, że każdy, nawet niedzielny rowerzysta bez problemu da radę. Akurat ta wycieczka (rzeczywiście niedzielna ;)) obfitowała w liczne podjazdy, z których najdłuższy miał ponad kilometr i był na tyle stromy, że biegów nie starczało (podprowadzałam).
Zrealizowaliśmy też program obowiązkowy w postaci Połoniny Wetlińskiej, Soliny i wejścia na Tarnicę.
Ale przeżyliśmy, a co zobaczyliśmy to nasze. Oczywiście zdjęć jest masa... Może jakieś dodam, jak już będę miała dostęp do szybszego internetu, o ile do tej pory dam radę zrobić jakąś selekcję.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz