czwartek, 4 września 2014

Chyba za rzadko tu bywam

i naprawdę nie mam na swoje usprawiedliwienie nic. Może poza  widocznym kilka postów temu  ogólnym dołem oraz tym, że chwilowo bardziej zajmuje mnie czytanie :)
 Odkryłam świat fanfiction i  mnie wciągnęło. Czytam głównie po angielsku, traktując to jako swego rodzaju  naukę, choć wiem, że akurat  po tego typu twórczości  trudno oczekiwać  100 % poprawności gramatyczno-stylistycznej. W tym względzie na pewno lepiej byłoby, gdybym  zaparła się na  przeczytanie w oryginale np. Ulissesa albo kompletu dzieł o Sherlocku Holmesie (swoją drogą w wersji serialowej BBC głównego winowajcy mojego zatonięcia w obcojęzycznej grafomanii). 
Ale fanfiki mają  dość istotną przewagę nad Prawdziwą Literaturą - są pisane przez zwykłych ludzi, językiem  mniej literackim, więc nie tylko prostszym w odbiorze, ale też bliższym życia (albo tak sobie przynajmniej wmawiam). Oczywiście nie dotyczy to fanfików ze Śródziemia - jeden taki wystawia  moje przekonanie o  wcale nie najgorszej znajomości języka obcego na ciężkie próby, gdyż jest napisany nie tylko pięknym literackim językiem, lecz także mocno osadzony w  świecie  powieści zmiksowanym z średniowieczem (ilość odwołań do  zwyczajów, znaczeń, mitologii wprawia mnie w stały podziw, na równi z umiejętnością kreowania postaci i zdarzeń).
 Oczywiście zdarzają się  też  fanfiki słabe, nudne, napisane źle, bez fabuły, ale z takimi szybko daję sobie spokój.
 Tyle w temacie czytelnictwa.
Wakacje część druga:  nad Bałtykiem. 
Następnym razem kiedy uprzemy się na wypoczynek nad tym zimnym morzem, to może chociaż udamy się na jego wschodnie wybrzeże - podobno Litwa, Łotwa i Estonia mają sporo do zaoferowania spragnionym  jodu.
Tym razem oczywiście pojechaliśmy z rowerami i przez dwa pierwsze dni jeździliśmy, głównie pod wiatr. Wiało zresztą niemiłosiernie, a jedyny pożytek jaki z tego mieliśmy stanowił widok z okna wychodzącego na zatokę jeziora, po którym śmigali windsurferzy oraz kitesurferzy.  Ja nad morze zabrałam aktualną robótkę -  duuużą chustę z niebieskiego jedwabiu, i nawet udało mi się przerobić  ze cztery rządki - na plażę zabierałam rzędy lewe, niewymagające większej uwagi.
 Chusta jest bardzo ładna, gładka, wykończona borderem z Haruni Emily Ross, ale niestety włóczkożerny  ażur zjadł już  niebieski jedwab, więc kończę tą samą włóczką, ale niestety pstrokatą - niebiesko-fioletowo- błękitną. I ku mojej rozpaczy nawet niebieski z pstrokacza ma inny odcień niż reszta chusty. A mój ulubiony sklep nie posiada już włóczki we właściwym kolorze... zobaczymy jak będzie kiedy skończę - jeszcze tylko 2 rzędy...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz