Bo nie ma się co oszukiwać - ja się wciąż dopiero uczę. Zresztą w wypadku tego hobby uczenie się nigdy się nie kończy - mam wrażenie potwierdzane przeglądem internetu.
Ale dlaczego w ogóle sięgnęłam po druty i dlaczego dopiero teraz? Druga część pytania jest ciekawsza o tyle, że jedna z moich babć była zapaloną dziewiarką, hafciarką i ogólnie manualnie utalentowaną kobietą. Teraz już od kilku lat ze względu na stan zdrowia nie robi na drutach ani szydełku, ale pamiętam czas, kiedy w ciągu godziny była w stanie wyprodukować szydełkowy kapelusz.
Więc to nie było tak, że nie miałam się od kogo uczyć. Ale mnie młodszej jakoś to nie ciągnęło. A nawet jeśli, to bardzo szybko się zniechęcałam, bo oczka wychodziły nierówne, całe rządki albo za ciasne, albo za luźne...
Ale kiedy trafiłam na kurs wykonania chusty u Intensywnie Kreatywnej, stwierdziłam, że w ażurach nie będzie może aż tak rzucać się w oczy moje krzywe robienie. Poza tym chusta nie wymaga próbek, łatwo sobie dopasować jej wielkość( przynajmniej w niektórych wzorach). Pierwsza chustka którą sobie wydziergałam jest raczej wielkości apaszki, bo robiłam ciasno i mniej powtórzeń wzoru, tak strasznie mi się spieszyło do ujrzenia tej kupki nitek w ostatecznej, naciągniętej formie.
Poza tym to bardzo odstresowujące zajęcie - im trudniejszy wzór tym lepiej działa :)
Stałam się też dzięki niemu niezależna od włóczkowej oferty sklepowej - sama wybieram kolor, wielkość, wzór dodatku i nie zżymam się, że akurat tego nie mają w moim ulubionym pomarańczu.
Ostatni przegląd sklepów niestety jeszcze bardziej wzmacnia moje zadowolenie z dziergania - już tu na to narzekałam, ale to niestety wciąż prawda - ciężko o ładną i kolorową modę na jesień i zimę.
Poza dzierganiem ta jesień przynosi zmiany, które ja znoszę ciężko i chyba tylko dzięki stoickiemu spokojowi I. podobno zmiany są żywiołem osób spod znaku Bliźniąt (przykład mojej mamy to potwierdza) - ale ja zmian nie lubię zbyt, nawet takich na lepsze ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz